Relacje – delikatne połączenia w malarstwie Jarka Puczela

Relacje – na nich zbudowany jest świat. Pozytywne niezakłócone, mają moc przenoszenia ludzi do nowej czasoprzestrzeni. Zyskuje się wtedy jakby handicap czasowy. Życie wówczas nie uwiera, czas nie goni i nigdy nie żal jest minionych chwil, bo relacje są jak robótka na drutach – tu chwile z życia zapętlają się jedna o drugą, jedna o drugą, usque ad finem.

O tej życiowej funkcji, jaką są relacje mówi Jarek Puczel w swoich obrazach. Opowieść ta pełna jest niuansów. Relacja nie jest tu wyidealizowana, ale zaskakująca jak samo życie. Piasek rzucony w jej tryby chrzęści. Wyczuwa się napięcie chwili i zmagania bohaterów tych obrazów ze swoimi słabościami. Powstający impas doprowadza ich na skraj. Chcieliby zniknąć, być przezroczystymi. W obrazach Jarka Puczela taka osoba wyniesiona jest poza kadr obrazu, częściowo lub całkowicie, albo pozostaje po niej tylko dawny blask – wyżarta bielejąca plama na płótnie. To już tylko powidoki. Relacja została przerwana?

Jarek Puczel „Niewidzialny człowiek” olej na płótnie 60×70 cm.

Siłą tych prac, jest spokój, który pomaga odbiorcy wyciszyć się i poszukać odpowiedzi w głębi siebie. Sprzyja temu skromna i pełna elegancji kolorystyka. Kolor został zredukowany głównie do odcieni szarości, a mimo to w kompozycjach Puczela tworzy się wyjątkowa jasność, która wydaje się mniej niepokojąca, a raczej ma działanie łagodzące i sprzyjające widzowi. Sceny pozbawione są zbędnych przedmiotów, człowiek jest w centrum uwagi. Nic nie rozprasza, skupić się można na bohaterach tej malarskiej bogatej, choć jednocześnie imponująco skromnej opowieści.

Plansza relacji w pracach Jarka Puczela wychodzi poza obraz, jesteśmy na nowo przywołani do gry, stając się pionkami, czy awatarem bohaterów, których sytuację i frapującą relację, aż nazbyt dobrze znamy. Można w tych pracach przejrzeć się, jak w lustrze. Są prawdziwe, jak powietrze. Myślę, że nigdy tak do końca nie przerywa się relacji raz głęboko nawiązanej. Ona miała kiedyś moc stwarzającą, zostajemy nią naznaczeni.  Dlatego można zniknąć fizycznie, ale niewidzialna nić łącząca pozostanie, nawet jak zagubimy się gdzieś we wszechświecie. Bo wszędzie są mosty. Dlatego prace Jarka Puczela tak mocno potrafią oddziaływać na odbiorcę. Taki jest Jarek Puczel.

Jarek Puczel „Cień” olej, płótno 70×50 cm.

Podczas ostatniego wernisażu malarstwa Jarka Puczela w warszawskiej galerii Milano rozmawialiśmy o jego twórczości. Oto zapis tej rozmowy:

Temat relacji między dwojgiem ludzi jest leitmotivem większej części twojej twórczości. Czym są relacje dla ciebie, także z punktu widzenia tematu twojego malarstwa?
Nie trudno jest zauważyć, że w obrazach najbardziej interesują mnie różnego rodzaju uczucia. Łączą one ciało i psychikę, wiążą we wspólnym doświadczeniu ludzi. Jednak, dla mnie istotą przekazu jest nie tylko coś, co odnosi się jedynie do sytuacji osób utrwalonych na płótnie… Odbiór dla samego widza bywa czymś wewnętrznie aktywnym, np. może oznaczać odnalezienie siebie w przedstawionej osobie czy relacji. W tym sensie, takie „spokojne” obrazy mogą być poruszające. I właśnie, zależy mi na tym, żeby takie były: nieobojętne, aktywujące głębsze uczucia i myśli widza.
Staram się nie oceniać uczuć przedstawionych na obrazach, choćby z powodu wolności i otwartości, które są dla mnie ważne. Formalnie rzecz ujmując widać jednak, że występują tu pojedyncze osoby, (które czasem związane są z kimś nieobecnym) i pary. Bywa jednak, że te pary odnoszą się jeszcze do kogoś „trzeciego”, kto jest poza kadrem.

Jak zmieniają się twoje inspiracje na przestrzeni czasu, od kiedy zacząłeś malować aż do dzisiaj?
Moim puntem malarskiego startu były pejzaże, malowane ekspresyjnie grubym impastem. Kiedyś jeździłem na plenery, albo po prostu włóczyłem się po polach z malarskim ekwipunkiem. Od tego czasu bardzo lubię przyrodę, zwłaszcza taką dziką, „niekoszoną”. Tak było do czasu, gdy postanowiłem mówić przede wszystkim o ludziach. Język malarski, którego używałem (a wypracowany przez różnych kontynuatorów „postimpresjonizmu”) wydał mi się językiem samotników, opowiadających o swoich emocjach poprzez pejzaż. Jednak nie był w stanie opowiedzieć o relacjach między ludźmi. Wtedy stopniowo zaczęła mi się otwierać nowa przestrzeń, zdobywana przez nowy malarski język, który można określić słowami: mniej znaczy więcej. Zacząłem redukować elementy i zagęszczać znaczenia. Często także przenosić osoby z ich codziennego otoczenia do nowej przestrzeni, która ma być antidotum na chaos i umożliwić odnalezienie subtelnych, ważnych elementów.

Jarek Puczel „Agnieszka, Agnieszka” olej i akryl na płótnie 120×80 cm.

Obrazy wydają się być kobiece, delikatne, ale dość często narratorem opowieści wyrażonej na płótnie jest raczej mężczyzna, jego punkt widzenia sytuacji, jako bohatera obrazu wydaje się być uwypuklony. Ten mężczyzna tęskni za pełną, głęboką relacją, która jest jednocześnie jego lękiem. Czy zgodzisz się z taką oceną?
Jeżeli moje obrazy wydają się „kobiece” (tutaj nieco się uśmiecham), czy delikatne, to tym lepiej dla samej „męskości”, której zakres warto poszerzać. Wydaje mi się, że to są dobre czasy, w których nie musimy sztywno pilnować czy potwierdzać granic, tego podziału na role tradycyjnie odgrywane przez płcie. Dynamika rozwoju społecznego daje dużo do myślenia i inspiruje mężczyzn do zmian, np. do przemiany fizycznej siły w moc. Ten proces się dzieje na naszych oczach, widzę go u moich znajomych i przyjaciół. Z pewnością, kobiecość i męskość to dwie strony tego samego „człowieczeństwa”, które wymagają równowagi. Jednym z zaburzeń takiej równowagi jest lęk przed miłością, który powstaje i utrwala się po wielu trudnych doświadczeniach. To jest problem wspólny kobietom i mężczyznom.

Jedną z twoich prac jest erotyk, mam na myśli obraz „Ruda”– to chyba jedyny twój obraz poruszający ten temat?
Siła tego obrazu polega właśnie na tym „niewiedzeniu” na tej dwuznaczności kompozycji, na takim subtelnym zawieszeniu pomiędzy spokojem przedstawionej sytuacji, a jej potencjalnością erotyczną. Prawie wszystko jest tu utrzymane w skali szarości, która daje taki „elegancki” dystans. Wszystko – oprócz włosów tytułowej „Rudej”.  Mimo bliskości dziewczyn, które dzielą wspólny fotel, to właśnie te kłębiące się włosy, bardzo zmysłowy i niemal zwierzęcy element, stanowią o skumulowanej energii, gotowej do… no właśnie, do czego?

Jarek Puczel „Ruda” Ruda, olej i akryl na płótnie, 100×130 cm.

Wcześniejsze twoje prace miały grubszą fakturę farby, widoczne były pociągnięcia pędzla, – kiedy nastąpił przełom w twojej technice malarskiej, co on oznacza?
Ważne jest jak silna jest myśl, która daje życie i moc obrazowi. Lustrem tego jest recepcja obrazów w świecie, to takie „kwantowe” powiązanie, które lubię obserwować w mojej pracy. Nie do końca jest tak, że wcześniej malowałem zupełnie inaczej nakładając farbę. Teraz chyba bardziej świadomie różnicuję powierzchnię prac ze względu na pożądany efekt. Na przykład, jeśli jakiś fragment płótna ma wywołać silniejsze emocje, zaznaczam go grubiej położoną, czy bardziej ekspresyjną farbą (jak włosy z obrazu „Ruda”).

Jarek Puczel ”Zakochani 6”, olej na płótnie, 80×80 cm.

Jak zmienia się dla ciebie rynek odbiorców sztuki, przełomem był chyba obraz „Kochankowie” w 2012 roku?
Na pewno ważnym momentem zwrotnym w percepcji mojego malarstwa było zaproszenie mnie do współpracy przez Robert Fontaine Gallery w Miami w końcu 2012 roku. Od tego czasu moje prace zaczęły uczestniczyć w prestiżowych targach w USA, np. w Miami czy Nowym Jorku, oraz w Europie (Bazylea). Do utrwalenia statusu moich prac przyczyniają się także pozostałe galerie, z którymi współpracuję: Galerie Sandhofer w Salzburgu i Galeria AFK w Lizbonie, jeśli mówimy o rynkach zagranicznych. To przekłada się w jakimś stopniu na pozostałe rynki, w tym także polski.

Jak rozkłada się procentowo sprzedaż twoich prac na poszczególnych rynkach, krajach?
Rynek wydaje się ostatnio dosyć niestabilny, ale to chyba jest jakiś znak naszych czasów. Obserwuję ciekawe, zaskakujące procesy. Lizbona, która nie wydawała mi się zbyt bogatym miastem, w ostatnim roku przyniosła mi najlepszą sprzedaż obrazów. Jednak, trzeba zaznaczyć, że tamtejsza Galeria AFK ma klientów także poza Portugalią, m.in. w Hiszpanii. Rynek w USA jest ostatnio dosyć nieobliczalny i sprzedaż tam odbywa się „falami”. Możliwe, że dzieje się tak z powodu zmian w samej galerii, która mnie reprezentuje. Podczas ostatnich dwóch lat Robert Fontaine Gallery zmieniała lokalizację aż trzy razy.

Na stronie Saatchi Art można kupić online printy twoich prac za 75-80 USD. Jaka jest technika i jakość tego druku a także papieru?
Ceny wydruków moich prac startują od poziomu ok. 75 USD za nieduże printy, np. 30×20 cm, aż do wielkości oryginału, np. 80×70 cm, za ponad 200 USD. Papier jest najwyższej jakości, dający gwarancję 100 lat trwałości. Nie stosuję opcji wydruku na płótnie, bo to może dosyć nieprzyjemnie zaburzać granicę w percepcji tego, co jest oryginałem, a co kopią. Niedawno Galeria Saatchi otworzyła w San Francisco nową filię sprzedającą printy jedynie w opcji limitowanej edycji (na wzór limitowanych edycji w technikach graficznych), zaopatrzone w odpowiednią metryczkę z podpisem. Oczywiście, stosowna umowa ściśle reguluje warunki i wyłączność firmy na określoną ilość kopii.

Jarek Puczel „Melancholia” olej na płótnie 80×60 cm.

Jak postrzegana jest twoja sztuka na różnych rynkach, czy jest jakaś ich specyfika, gdzie twoje prace przyjmowane są lepiej lub słabiej, gdzie sprzedają się więcej lub słabiej?
Niewątpliwie, mimo globalizacji, utrzymuje się specyfika narodowych rynków. Na rynku amerykańskim króluje tendencja, którą można określić pop-art-em i neo-pop-artem. Lepiej są przyjmowane prace operujące mocniejszym kolorem i zwięzłością przekazu. Z drugiej strony, Amerykanie, zwłaszcza młodszego pokolenia, lubią sztukę „hipsterską” – dowcipną, odnoszącą się do wolności, motywu wędrówki, itd.
W Europie czuje się inną mentalność, zapotrzebowanie na prace bardziej refleksyjne, jakby mniej jednoznaczne. Czuje się większe przyzwolenie na zapuszczanie się twórcy w „ciemniejsze rejony”, np. gdzie miłość jest blisko cierpienia. Rynek niemiecki i austriacki wydaje się dosyć zamknięty. Nie dziwne, więc, że Galeria Sandhofer z Salzburga znajduje kupców na prace polskich artystów najczęściej poza granicami Austrii. Ciekawe są Włochy. Chyba mentalnie najbliższe Polsce, jeśli chodzi o gust w sztuce. Włochy są krajem, w którym ukazało się sporo książek z moimi obrazami na okładkach (w tym roku jest już ich siedem). Czuję tam jeszcze duży, niewykorzystany potencjał do współpracy.

Jak ważne są dla ciebie, jako artysty rynki międzynarodowe? Czy to wpływa na twój wizerunek w Polsce? Czy dostrzegasz, że ma to jakieś przełożenie na twój status artystyczny?
To bardzo korzystne dla mnie, że mogę uczestniczyć w takiej międzynarodowej wymianie. Sprzedaż oryginałów jest tylko jednym z wymiarów tej „obfitości”. Oczywiście, odbiór mojej twórczości w Polsce stopniowo zyskuje na tym, chociaż nadal wydaje mi się, że jestem tu znany tylko w pewnych kręgach. Jako malarz chciałbym przede wszystkim rozwijać swój warsztat i pogłębiać warstwę znaczeniową prac? Zbytnia popularność bywa dwuznaczna. Otwiera możliwości, ale i potrafi zablokować sporo czasu i energii. Dlatego stale szukam balansu i nowych sposobów działania.

Jakie masz plany artystyczne – gdzie będą twoje kolejne wystawy?
Na szczęście, sporej części planów nie muszę sam projektować, bo zajmują się nimi galerie, z którymi współpracuję. Na pewno będę brał udział w prezentacjach zbiorowych i targach sztuki, np. w Art Miami, w grudniu tego roku. Do mnie należy jednak decyzja, gdzie odbędzie się moja następna wystawa indywidualna. Tutaj staram się uważnie wybrać miejsce. Dokładnie rok temu wybrałem się na rozmowy z pewną rzymską galerią (jednak stale się zastanawiam), mam również propozycję z Florencji. Niedługo coś zdecyduję.

Od kiedy w ogóle malujesz?
Moje bardziej poważne i systematyczne malowanie zaczęło się od 1999 roku, gdy przeniosłem się z Gdańska do Olsztyna. W parę osób stworzyliśmy wówczas grupę twórczą OKO i malowaliśmy w dosyć ciasnej pracowni na olsztyńskiej Starówce. W tym czasie pracowałem na etacie grafika komputerowego w tutejszym wydawnictwie. Stopniowo zacząłem brać udział w konkursach organizowanych przez międzynarodowe portale, takie jak artslant czy myartspace. Po dobrym początku współpracy z warszawską galerią „Milano”, w końcówce 2011 roku postanowiłem odejść z etatu – i wszystko postawić na malarstwo. Od 2012 roku jestem już w całkiem nowym świecie.

Wspomniałeś, że twoje obrazy są niekiedy wykorzystywane przez wydawnictwa książkowe, jako ilustracje na okładki. Co sądzisz o tym? Co sądzą o tym galerie, z którymi współpracujesz?
Ilustratorem nie czuję się, ponieważ od lat nie wykonuję prac graficznych, jedynie czasem zgadzam się na wykorzystanie gotowych prac malarskich. Maluję jedynie to, co uważam za osobiście ważne dla mnie. Cieszę się, gdy to budzi zainteresowanie. Co jakiś czas zgłaszają się do mnie wydawnictwa, np. Penguin Random House albo HarperCollins, z prośbą o zgodę na użycie którejś z prac na okładki ich książek. Dodatkowo, moje obrazy były wykorzystywane m.in. przez National Theatre w Londynie, Festiwal Nowego Kina w Montrealu, niemiecki dziennik Die Zeit, czy australijski zespół The Jezabels. Galerie, z którymi współpracuję, widzą generalnie te aktywności, jako pozytywne impulsy dla rynku.

Dziękuję za tę rozmowę.
Dariusz Szulc / ARTVENTURE

Jarek Puczel „Daleka podróż” olej na płótnie 60×80 cm.

Jarek Puczel „Zaplątani” olej na płótnie, 140×120 cm.

Jarek Puczel „Energia X” olej i akryl, płótno 30×24 cm.

Jarek Puczel „W słońcu” olej na płótnie 80×60 cm.

Jarek Puczel „Spotkanie” olej na płótnie 70×50 cm.

Jarek Puczel „Marzenie” olej i akryl na płótnie 90×60 cm.

Jarek Puczel „Przy basenie” olej na płótnie 70×90 cm.

Jarek Puczel „Poruszenie” olej na płótnie 70×60 cm.

Jarek Puczel „Exit 3” olej, płótno 70×50 cm.

Jarek Puczel „Projekcja 2” olej i akryl na płótnie 70×50 cm.

Autor:Dariusz Szulc

Wstaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *